Jeśli oglądając film, zaczynasz nieśmiało podejrzewać, że kluczową sceną „łóżkową” będzie kopulacja dwóch jeleni, wiedz, że masz do czynienia ze szczególną produkcją. Przed Wami powrót po 18 latach do filmu pełnometrażowego, węgierskiego filmowca Ildikó Enyediego.

Reżyser Ildikó Enyedi, przyszła na świat w 1955 roku w Budapeszcie. Studiowała na tamtejszych uniwersytetach – najpierw ekonomicznym, później filmowym. Ukończyła także Faculté des Lettres, University of Montpellier we Francji. Karierę rozpoczęła z impetem – zrealizowany w 1989 roku komediodramat „Mój wiek XX” o rozdzielonych bliźniaczkach przyniósł jej Złotą Kamerę za najlepszy debiut na festiwalu w Cannes. Kolejny sukces przyszedł wraz z surrealistycznym „Szymonem Magiem” (1999), dostrzeżonym na wielu festiwalach. Krótkometrażowy romans science fiction „Pierwsza miłość” (2008) brał udział w konkursie Warszawskiego Festiwalu Filmowego. W ostatniej dekadzie reżyserka pracowała głównie dla telewizji, realizując m.in. węgierską wersję popularnego formatu serialowego „Terapia”. Nagrodzony na festiwalu w Berlinie „Dusza i ciało” jest jej pierwszym filmem od 18 lat.

Słowa „zobaczę Cię w moich snach” będą miały niesamowity wpływ na nowy obrót w filmie „Dusza i Ciało”. Zdecydowanie ekscentryczny, ale z przerwami zaskakujący, nieudany romans, który oznacza niezwykły powrót do filmów fabularnych węgierskiego scenarzysty i reżysera Ildikó Enyedi. Dwoje bohaterów łączy uczucie, którego nie potrafią wyrazić w świecie rzeczywistym. Czas na sen, gdzie spotkają się pod postaciami łani i jelenia. Film Enyedi łączy smutną poetycką fantazję z ukłuciami trzeźwej brutalnej rzeczywistości. Jeśli te rejestry pojedynków starannie odzwierciedlają elementy ciała i duszy, to kontrast pomiędzy nimi jest bardziej formalnie ostry niż emocjonalnie rozjaśniający. Jednak w ciągu prawie dwóch godzin, dziwny, odlotowy styl opowiadania filmu jednak traci.

Z pewnością „Dusza i Ciało”, to ostry trop dla spokojniejszych zwierzęcych obrazów, które otwierają film: przepiękna, śnieżnobiała tablica leśna, godna kartki świątecznej, w której majestatyczne łania i jeleń słodko głaszczą się na mrozie. Jest to wizja, która powtarza się w brzydszych, miejskich obrazach życia, a Enyedi ma trochę czasu, aby odkryć jej znaczenie. Jest to dosłownie powracający sen, doświadczany co noc przez Endre (Géza Morcsányi), łagodnego rzeźnika i Marię (Alexandra Borbély), okrutnie nieśmiałego, poszkodowanego inspektora jakości.

Endre natychmiast zostaje przyciągnięty do wymijającego, enigmatycznego przybysza, który przeważnie odrzuca jego niepewne postępy w zimnej panice. Ale kiedy psychiatra firmowy (dobra Réka Tenki) odkrywa, że Endre i Maria mają dokładnie te same sny, zostają zmuszeni by rozważyć niezwykłą więź między nimi. Czy kosmicznie spotkania we śnie wymagają czegoś więcej niż niezręcznego związku w świecie jawy? Czy można grzecznie pozostać samotnymi nieznajomymi w prawdziwym życiu, podczas gdy w nocy zamieniają się w miłośników snów. Czy muszą zatem żyć samotnie?

Są to podniecające, lecz zarazem dręczące pytania. Na przemian eleganckie i zawiłe podejście Enyedi tylko częściowo rozplątuje się, ponieważ jej film zmienia się w ckliwy romans. Ciała cierpią, dusza błądzi. Wyrażona tu myśl jest na pół romantyczna, na pół konserwatywna – i raczej nie odkrywcza. Miłość osiąga doskonałość, gdy współgrają zarówno ciała, jak i dusze kochanków. Powtórzę: koniec końców „Ciało i Dusza” okazuje się po prostu hardcorowym wariantem komedii romantycznej, który na długo zapiszę się w naszej pamięci.