Philip Kindred Dick to celebryta pośród proroków, postać tak nietuzinkowa, że dobrze napisana biografia jemu poświęcona mogłaby przebić niejedną fabułę opartą na mocno zakręconej fikcji literackiej. Schizofrenik, narkoman, alkoholik, totalny wariat, twórca kilkudziesięciu opowiadań i tyluż powieści, wizjoner, filozof i… klasyk.

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? Taki tytuł ma jedno z najważniejszych i najbardziej popularnych dokonań autora. Ta powieść jest właściwie manifestem Dicka. Spóźnionym, bo poprzedzonym wspaniałymi opowiadaniami pokroju „Raportu mniejszości” czy „Impostor”, ale klarownym i kompleksowym. W „Blade Runnerze”, bo taka nomenklatura przyjęła się dzięki filmowi Ridleya Scotta, odliczają się praktycznie wszystkie bolączki kłopoczące umysł Dicka, a przede wszystkim problematyka rdzenia ludzkiego jestestwa oraz zagrożenia wynikające z rozpropagowania sztucznej inteligencji.

Wydarzenia rozgrywające się w „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” mają miejsce w pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku, a więc, de facto… parę lat temu, acz w nieco odmiennych okolicznościach przyrody. Po niszczycielskiej wojnie jądrowej (apokalipsa nuklearna to kolejny z tematów dyżurnych Dicka) ludzkość ucieka na niegościnne planety Układu Słonecznego, ale na Ziemi pozostają niewielkie grupy, przede wszystkim ci, którzy z racji uszkodzeń genetycznych zostają zepchnięci do rangi obywateli trzeciej kategorii, oraz nieszczęśliwcy, których na ucieczkę z radioaktywnej planety po prostu nie stać. Richard Deckard jest tytułowym łowcą androidów. Identyfikuje i eliminuje sztucznych ludzi, którzy wyrwali się spod kontroli i usiłują przetrwać na Ziemi, udając prawdziwych ludzi. Podejmuje się odnaleźć i eksterminować aż sześć obiektów, zastępując innego łowcę. Wszystko to brzmi prosto, wręcz banalnie, zupełnie jak materiał na tani thriller, ale… przecież nie o tych kilka strzelanin pomiędzy ludźmi a robotami chodziło Dickowi. Wręcz przeciwnie: nagonka na androidy to doskonała okazja do przyjrzenia się ludzkiej naturze i zgłębienia idei człowieczeństwa, w technicznie zaawansowanym świecie poddanej nowym wyzwaniom. Co tak naprawdę oznacza bycie człowiekiem? Co sprawia, że ludzie mogą się uważać za lepszych od sztucznych, inteligentnych tworów? Tylko… czy rzeczywiście są lepsi? Jak to zwykle u Dicka, w tej historii nie zabraknie pytań. W przeciwieństwie do odpowiedzi.

„Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” to powieść, którą warto mieć nawet dla samej przyjemności posiadania. A jeśli już ją posiądziemy, grzechem byłoby jej nie przeczytać… Niezwykłe, że mimo tak wielu lat, które upłynęły od pierwszego wydania (1968 rok, koniec dekady, która upłynęła m.in. pod znakiem kryzysu kubańskiego) utwór pozostaje zarówno aktualny, jak i atrakcyjny literacko. Styl Dicka nie starzeje się, a nawet więcej: zyskuje szlachetną patynę. Nie wszyscy wielcy wizjonerzy gatunku mogą liczyć na tak wspaniałą emeryturę