Filip i Rumak to gracze, którzy od kilku lat nie schodzą z piedestału. Każde wydawnictwo związane z marką Taco Hemingway, to produkt pod względem marketingowym genialny. Ciężar tekstu używanego na kolejnych krążkach, powoduje, że do słów Filipa Szcześniaka podchodzimy z respektem i dużym dystansem

Nie pamiętam, by jakikolwiek projekt w obecnych czasach wszedł na rynek muzyczny z takim impetem. Choć Taco Hemingway pojawił się na scenie zaledwie kilka lat temu, to może się pochwalić rzeszą fanów. W szczególności to zasługa dwóch wydawnictw „Umowa o dzieło” oraz „Trójkąt warszawski”. Świetne przyjęte EP-ki, ruszyły machinę, która do dziś jest nie do zatrzymania. Pierwsze festiwalowe koncerty, kolejne wyświetlenia na YouTube oraz wszechobecność w kulturze. Tak po krótce można przedstawić drogę Taco Hemingway’a.

Początek hype’u na Taco, a właściwie Filipa Szcześniaka, to przełom 2014 i 2015 roku. W grudniu 2014 roku wydał własnym sumptem mini album, "Trójkąt Warszawski" i wkrótce na blogach zaczęły pojawiać się pierwsze rekomendacje tego materiału. Talent początkującego rapera dostrzegli również koledzy po fachu. Sławę w internecie Filip zdobył jednak już kilka lat wcześniej. To on był autorem pamiętnego filmiku na YouTube, "Hitler: w poszukiwaniu elektro". Ta "produkcja" do dziś doczekała się ponad 2,5 miliona wyświetleń (!).

Rekompensując fanom brak większego dostępu do informacji o sobie, Taco na longplayu "Marmur" umieścił utwór "Żywot". W ciągu pięciu minut opowiada w nim całe swoje życie, rozpoczynając jednak historię od kąśliwego wersu "Dla tych, którzy tak koniecznie chcą biografii...". Jak dotąd "Żywot" pozostaje najbardziej kompletnym, autoryzowanym źródłem wiedzy o Taco Hemingwayu.

30 lipca ukazał się piąty mini album pt. „Szprycer”. Nagrania zostały oczywiście udostępnione bezpłatnie w formie digital stream na kanale YouTube oraz na oficjalnej stronie internetowej. Kilka dni po premierze w sieci wybuchła burza skierowana przeciwko samemu twórcy. Środowisko fanów, które dotychczas stało murem za Taco, nagle się podzieliło. Cześć słuchaczy nie mogła zrozumieć obranej drogi przez artystę, twierdząc, że zbyt ostro zboczył ze ścieżki, którą sam wychodził. Z drugiej strony mieliśmy ludzi, którzy wręcz zwariowali na punkcie mini albumu „Szprycer”. Pod komentarzami można było odnieść wrażenie, że Filip z Rumakiem nagrali krążek, który jest przełomowy i długo wyczekiwany. Można przypuszczać, że zastosowanie różnych zabiegów muzycznych, postawiło Taco bliżej panujących trendów.

W tym momencie, każde moje kolejne słowo spowoduje, że będę przydzielony do którejś ze stron. A szczerze nie mam na to ochoty. Doceniam dotychczasową pracę Taco, która będzie ze mną już na zawsze. Natomiast rozumiem dalszą eksplorację muzyczną. Stojąc w miejscu Filip z Rumakiem, przestaliby się rozwijać. Owszem nie cały krążek jest tym wymarzonym, ale zwróćcie uwagę, do jakiego momentu doszliśmy. Oczekujemy od projektu Taco, by sprostał oczekiwaniom kilku jak nie kilkunastu tysięcy ludzi. Wymagamy by na płytach ciągle trwała opowieść z Marmuru przesiąknięta Warszawą z trójkąta lub umowy. Jeżeli kolejny krążek zabrzmiałby tak samo, to uznalibyśmy, ze chłopaki się wypalili i nie potrafią nic innego zrobić.

Sam krążek dla mnie nie jest rewolucyjny, lecz ewolucyjny, jak z resztą cała rodzina Asfalt Records. Utwór „Chodź”, to numer, który na długo zapisze się na moje liście przebojów. Bit z „Dele”, to rytm bicia tegorocznego lata. Nauczyłem się, że do twórczości Filipa Szcześniaka należy podejść z dystansem. „Szprycer”, to wciąż solidna opowieść, przedstawiająca stolice w prześmiewczym komentarzu. Spuśćmy czasami z tonu i pozwólmy Szprycerowi, by podobał się tym, do których trafił. Z resztą wszystko jedno.