Prawdziwa fotografia podróżnicza nie polega na zwyczajnym uwiecznianiu interesujących miejsc. To opowiadanie historii językiem obrazu. W każdej sztuce, by osiągnąć najwyższy poziom, potrzeba nieprzeciętnej wrażliwości, pozwalającej poczuć i dostrzec to, czego nie czują i nie widzą inni.

Fabian Lic: Każde zdjęcie ma swoją historię. Uważam, że to samo tyczy się ludzi, którzy je robią. Jaka jest twoja?

Adam Kozioł: Od jedenastego roku życia hodowałem owady tropikalne. Zaczynałem od patyczaków, z czasem dochodziły nowe gatunki. Moja pasja nie mogłaby się narodzić, gdyby nie mój dziadek. To z nim zacząłem sprzedawać owady do sklepów zoologicznych. W kolejnych latach jeździłem na rożne giełdy terrarystyczne. Najpierw w kraju, później także za granicą. Podczas wyjazdów wymieniałem się z innymi hodowcami wiedzą oraz samymi okazami. W wieku 16 lat w mojej hodowli znajdowało się już około 40 gatunków. Miałem to szczęście, że moje hobby pozwoliło mi na samodzielność finansową. Jednakże środki jakie uzyskałem z hodowli w pierwszej kolejności przeznaczałem na nowe gatunki. Pewnego dnia wspólnie ze znajomym postanowiliśmy, że wyjedziemy na Borneo. Była to moja pierwsza wyprawa tego typu, a jej głównym celem było oczywiście zdobycie nowych gatunków do hodowli.

Nie było problemu z przewiezieniem ich do kraju?

Starałem się jak mogłem, aby wszystko było legalne. W wielu aspektach normy prawne w tej sprawie nie są jednoznaczne. W każdym razie udało się robić tak, że mogliśmy przewieźć okazy do Polski. Wyjazd na Borneo w wieku 16 lat był dla mnie dużym przeżyciem. Okazał się także punktem zwrotnym. Przywieźliśmy osiem gatunków, które nidy wcześniej nie pojawiły się w hodowlach. Wkrótce polecieliśmy na Sumatrę skąd udało się przywieźć nowy gatunek dla nauki. I tak się zaczęło. Oczywiście jedne wyjazdy okazały się owocne, a inne nie. Zdarzało się, że w ciągu roku byłem na siedmiu wyprawach. Głównie w rejony Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Z biegiem czasu zacząłem zawierać kontakty z tubylcami z różnych krajów, którzy pomagali mi szukać. Jedną z wyjątkowo owocnych wypraw - okazała się Tanzania, skłąd udało się sprowadzać kokony jednej z najpiękniejszych modliszek na świecie - Idolomantis diabolica.

Niesamowite jest to, że mając kilkanaście lat potrafiłeś podróżować po świecie i mieć tak niezwykle ciekawą pasję. Gdzie w tym wszystkim pojawiła się fotografia?

Najczęściej bywałem na Borneo. Jest to miejsce, w którym żyje najwięcej gatunków owadów, które mnie interesowały. Mam ogromny sentyment do tego miejsca. Z czasem na wyspie poznawałem coraz więcej ludzi i zacząłem sprowadzać także maski plemienne. Z początku była to zwykła fascynacja. Maski mające po 100, 150 lat, które uczestniczyły w przeróżnych rytuałach, rozbudzały wyobraźnie. Osobą, która pomagała mi w zdobywaniu kolejnych egzemplarzy był mój kolega - Nick pochodzący z Malezji. To właśnie on jeździł po wioskach i szukał ich. Powiedział mi, że przy granicy z Malezją i Indonezją w dżungli żyją jeszcze wytatuowane osoby z plemienia Iban. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że jest to ostatnia szansa na spotkanie tej kultury. Tak narodził się pomysł by zrobić pierwszą wyprawę w poszukiwaniu ludzi. Przez trzy tygodnie chodziliśmy od wioski do wioski i udało nam się znaleźć jedynie 3 wytatuowane osoby. Niesamowitym przeżyciem było zobaczenie 80-letnich starców, którzy pod koszulami kryli tatuaże łowców głów. Taki tatuaż otrzymywała osoba, która wykazała się dużym osiągnięciem w walkach pomiędzy plemionami. Zacząłem z nimi rozmawiać i fotografować. Wtedy poczułem, że to jest to. Zrozumiałem, że chcę szukać i przekazywać światu kulturę, która odchodzi.

Jak z nimi rozmawiałeś? Jestem przekonany, że osoba, która mieszkała głęboko w dżungli nie mówiła biegle po angielsku.

Podczas takich wypraw trzeba mieć dwóch tłumaczy. Jednego z języka angielskiego na język urzędowy, na przykład Bahasa Malaysia. Drugiego tłumaczącego z Bahasa Malaysia na język Iban. Przekazywanie śladów kultur, które niedługo znikną stało się moją misją. Zdałem sobie sprawę z tego, że to właśnie będę robił. Oczywiście hodowla w dalszym ciągu była dla mnie ważna, to dzięki niej czerpałem środki na kolejne wyjazdy. Sytuacja wielu plemion czy raczej pozostałości po nich jest podobna. Żyją już tylko ostatni ludzie świadczący o istnieniu danej kultury. Kolejnym plemieniem, które chciałem zobaczyć było Mentawai. Plemię to mieszka na wyspie koło Sumatry a jedynym sposobem kontaktu z nimi jest kursujący raz w tygodniu prom. Gdy dotarłem na miejsce miałem okazję doświadczyć kultury żywej, uczestniczyłem w ich rytuałach i obrzędach. Część z nich nigdy nie powinienem zobaczyć. W międzyczasie zacząłem chorować. Lekarze nie potrafili mi pomóc, a ja czułem, że coś ze mną jest nie tak. Postanowiłem wtedy, że spale wszystkie maski. Była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.

Co w takim razie z hodowlą? Miałeś jeszcze czas by się nią zajmować?

Wolałem zająć się plemionami. Hodowlę ograniczyłem do paru gatunków, w których byłem specjalistą. Wpadłem na pomysł stworzenia marki odzieżowej, w której motywy będą pochodziły z kultury plemion - ich sztuki, tatuaży i skaryfikacji. Zacząłem od produkcji koszulek, firma zaczęła się rozwijać. Marka nazywa się Selva. Wydawało mi się, że branża odzieżowa będzie łatwiejsza niż hodowla owadów i bardzo się pomyliłem.

Wydawało mi się, że branża odzieżowa będzie łatwiejsza niż hodowla owadów

Jak na młodego człowieka miałeś dużo na głowie. Musiałeś ograniczyć wyjazdy.

Z jednej strony tak, ale z drugiej dzięki Selvie miałem nowe możliwości podróży. Podczas sesji modowych organizowanych w Polsce miałem okazję doskonalić swój warsztat. Z drugim fotografem stworzyliśmy daylightowe studio Whitehall w Poznaniu, w którym mogłem pracować ze światłem dziennym Wydawało mi się, że branża odzieżowa będzie łatwiejsza niż hodowla owadów 13 na wszelki sposób. Robiłem wszystko, żeby w jak najkrótszym czasie rozwinąć się. Wiedzę chciałem wykorzystać podczas pracy na wyjazdach.

Co zabierasz ze sobą na taką wyprawę. Chodzi mi o sprzęt, dzięki któremu tworzysz niezwykłe sesje.

Wspieram się światłem błyskowym. Niestety, wymaga to dużego zaangażowania logistycznego. Sam generator z lampami waży ponad 20 kilogramów. W bagażu nie zostaje miejsca na inne rzeczy.

Jak przygotowujesz się do takiej wyprawy? Tworzysz wcześniej scenariusz czy pozwalasz rozwinąć się sytuacji.

To wszystko zależy od miejsca. Przeważnie wiem, dokąd chce się dostać. Szukam informacji, kontaktów w internecie. Czasami odszukuję i kontaktuję się z osobami, które były w interesującym mnie miejscu, ale najczęściej wszystko organizuję na gorąco. Gorzej było, jeśli chodziło o wyjazdy entomologiczne. Tam logistyka bywała znacznie trudniejsza.

W jaki sposób wybierasz kolejne plemiona? Dla mnie nie jest to takie oczywiste, że wpisuje hasło plemiona w wyszukiwarkę i znajduję ślad cywilizacji, która przez większość ludzi jest zapomniana.

W każdym miejscu na świecie kiedyś ludzie żyli w osadach czy plemionach. W Europie to się zatarło wiele wieków temu, jednakże w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej są jeszcze plemiona lub ostatni ludzie, którzy żyli w grupach plemiennych. Jest to wiedza, którą można znaleźć w internecie czy książkach. Szukam ciekawych kulturowo środowisk. Jak na razie docieram do plemion, które znajdują się w zasięgu mojego budżetu. Szukam też sposobu, aby móc dotrzeć do plemion które są jeszcze nieudokumentowane, ale to wymaga większych nakładów finansowych.

Jedna osoba opowiedziała mi, że zupełnie nie wiedziała, że jest coś takiego jak miłość.

Co najbardziej interesowało Cię w plemionach które spotkałeś na swojej drodze?

Znaki plemienne, tatuaże, przeróżne formy ingerencji w ciało. Cała gama skaryfikacji oraz oczywiście biżuteria. Niesamowite jest to, że dane tatuaże lub skaryfikacje w jednych plemionach wywołują zachwyt, a u innych obrazę i obrzydzenie. Taka sytuacja występowała pomiędzy plemionami np. w stanie Arunachal w Indiach, które żyły niedaleko od siebie. Kobiety poddawały się różnym zabiegom. W ich wioskach były uważane za modne i piękne, natomiast w innych - za coś niewyobrażalnego i brzydkiego. Mowa m.in. o „rozsadzaniu” ust, nosów czy uszu. Najbardziej interesuje mnie to skąd wziął się dany znak czy symbol na ciele. W jakim celu był zrobiony, jaka historia się za nim kryje? To jest sedno wypraw. Element poszukiwania i poznania. Jednym z prostych powodów skaryfikacji jest to, żeby plemiona po prostu się między sobą nie mieszały. Czasami to jest zabawne, ponieważ jedno plemię ma kółka w nosie, a drugie w uszach i jest to jedyny powód do tego, żeby obrażać czy szydzić z siebie.

Jak żyją obecnie?

Ciekawa okazała się wyprawa do plemienia Konyak. Spotkałem tam nawróconych łowców głów. Chodziło o ich przemianę. Kiedyś ważne było dla nich zabijanie i zbieranie czaszek przeciwników. Była to oznaka męstwa, siły i pokazywała, że dana osoba może zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie. To był ich system wartości. Będąc tam spotkałem szczęśliwych i wolnych ludzi, którzy całkowicie zmienili swoje życie.

Przemiana wynikała ze zderzenia z całkowicie inną kulturą?

I tak i nie. Z jednej strony życie zachodnie jest bardzo kuszące, ale smakując go nie można za dużo zyskać. W dobie globalizacji, te kultury prędzej czy później przestaną istnieć. Jeśli nie ma kultury, to jak i czym żyć? Często z pomocą przychodzą misjonarze i starają się nadać sens życia tym ludziom. U Konyaków nie spotkałem nieszczęśliwej rodziny, która przyjęła chrzest i żyła wartościami chrześcijańskimi. Spotkałem wiele samotnych osób, najczęściej uzależnionych od opium, którzy twierdzili, że zabijanie było dla nich dobre. Jedna osoba opowiedziała mi, że zupełnie nie wiedziała, że jest coś takiego jak miłość. Spodobało mu się to, że z obcymi można żyć w dobrych relacjach, nie walczyć, nie zabijać. Postanowił, że chce tak żyć. W ich języku nie ma pojęcia miłości.

Przez rozmowę z Tobą, zdałem sobie sprawę z tego, jak istotne jest wychowanie. Prosta relacja, jeśli człowiekowi czegoś się nie pokaże, to on tego nie pozna.

Wydaje mi się, że dużo problemów tego świata wywodzi się z braku miłości. Zobaczyłem też jak ważne w życiu są wartości moralne.

Co starasz się pokazać na swoich zdjęciach?

Idea zdjęć jest bardzo prosta. Chcę pokazać człowieka i piękno kultur, które odchodzą. Jest na to naprawdę mało czasu. Nie mam wielkich filozoficznych podłoży dla mojej pracy fotograficznej. Nie staram się tworzyć wielkiej ideologii tam, gdzie jej nie ma.

Nie przeraża Cię świat z Twoich fotografii? Na zdjęciach widzimy broń, i to nie tylko taką stworzoną z zasobów dżungli. Mówię o współczesnych karabinach i pistoletach.

Na przykład w Etiopii plemiona posiadają karabiny dlatego, że to określa ich status społeczny. Gdy sprzedadzą 15-20 sztuk bydła, mogą sobie pozwolić na karabin. Jeden z łowców głów na moim zdjęciu ma zegarek. To dlatego, że mu się to po prostu podoba. Nie musi działać i wskazywać godziny. On ma po prostu być. Podobnie sprawa wygląda z t-shirtami. Jeśli jakiś człowiek ma okazję je ubrać, to po prostu to robi. Dla nich jest to coś nowego. Zazwyczaj tak jest i to szczególnie w naszej kulturze, że idziemy za nowym, pozornie lepszym.