Ciemna, zadymiona piwnica. Słabe światło pozwala na dostrzeżenie zarysu zaledwie kilku krzeseł i stolików. W powietrzu czuć swąd wypalonych papierosów, zmieszany z tanim piwem. Świetność tego miejsca już dawno minęła.

Dostrzegam wolne krzesło przy jednym ze stolików, gdzie siedzi zakochana para. Nawet przez sekundę nie zwracają na mnie uwagi. W powietrzu czuję elektryzującą się materie. Podobne uczucie miewałem w dzieciństwie podchodząc do dużego starego kineskopowego telewizora. Wystarczyło opuszkami palców przejechać po jego ekranie, by mieć gęsią skórkę na całym ciele.

Po kilku łykach piwa, na niewielkiej scenie usytuowanej przede mną zaczynają krążyć ciemne postacie. Światło ustawione za nimi, nie pozwala mi na dostrzeżenie twarzy. Po chwili z różnych miejsc dochodzą mnie dźwięki przestawianej perkusji, tłukących się talerzy. Z drugiej strony słyszę ciężko przesuwany po podłodze kontrabas. Kilka dmuchnięć w ustnik saksofonu i ponownie opanowała mnie cisza. Trzy, dwa jeden…. Z pozoru nie pasujące do siebie melodie, z czasem zaczynają układać się w całość. Zakochana para obok mnie, przestaje patrzeć sobie w oczy. Rozglądam się na boki i widzę jak inni goście, których wcześniej nie mogłem dostrzec, przerywają rozmowy a ich szklanki lądują na blatach ciężkich stołów. Teraz dla wszystkich liczy się tylko muzyka.

Żaden inny gatunek muzyki, nie powoduje u mnie tego stanu. Jazz i jego charakterystyczny rytm z metrum 4/4. Kiedyś Julio Cortázar powiedział „Jazz jest jak niby ptak, który odlatuje i powraca, przylatuje i przyfruwa, przeskakując bariery, kpiąc z kontroli celnych. Coś poza narodowym obyczajem, poza niewzruszonymi tradycjami, językiem i folklorem. Niczym chmura pozbawiona granic. Szpieg powietrza i wody. Forma archetypu. Coś z przeszłości, coś z głębi, z dołu. Coś, co godzi Meksykanów i Norwegów, i Rosjan, i Hiszpanów, coś, co z powrotem włącza ich w ciemny, wspólny, dawno zapomniany ogień. Mówi im, że może były i inne drogi, i że ta, którą poszli, nie jest ani jedyna, ani najlepsza, albo że może były i inne drogi. I choć ta, którą poszli, jest najlepsza. Istniały łatwiejsze, którymi nie poszli, lub też poszli tylko kawałek”.

Przy odsłuchu albumu „The look of Cobra”, przeniosłem się do jednej z takich piwnic. Wystarczyło bym usłyszał pierwsze dźwięki „Tvoor”, bym mógł poczuć dym papierosów. Proszę nie zrozumieć mnie źle. Ten stan, jest dla mnie kwintesencją oddania się tej muzyce. Nie potrafię sobie wyobrazić, że jestem w cukierkowym klubie, z migającymi światłami i plastikiem dookoła. To muzyka jest tutaj sednem, celem samym w sobie. NSI Quarter wraz z Dominikiem Wanią, dają możliwość wyjścia poza schemat dnia codziennego. Uczucie, które dane jest publiczności mieszkającej „głownie”, w dużych miastach, jest nagle na wyciągniecie ręki. Kolejne utwory z płyty starają się opowiedzieć mi swoją historię. Nie muszę widzieć muzyków, by wyobrazić ich emocję. Magiczna „Sophia”, zostawiła Mi chwilę na refleksję. Mogę się tylko zastanowić czy tytułowa „Sophia”, to włoska muza, która delikatnie się do mnie uśmiecha. „Cobra”, nawet przez chwilę nie znika. Jej spojrzenie towarzyszy Mi podczas całego albumu. Zwieńczenie „Cobra Blues”, to pokaz możliwość grupy. Tytaniczna walka dobra ze złem, delikatnej melodii z budzącą strach gwałtownością.

Gasną ostatnie dźwięki. Scena ponownie skrywa się w ciemności. Zakochana para zbiera się już do domu, a pozostali goście ponownie wracają do swoich rozmów. Przy moim stoliku stoi już tylko pusta szklanka. Czy to czas już czas? Wraca ponownie do mnie zapach zatęchłej piwnicy i swąd papierosów. Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócę.