Marka Z. Danielewskiego, autora „Domu z Liści” wyobrażam sobie jako trzydziestokilkuletniego, pochylonego nad starymi wydaniami „Variety” cichego akademika. Doktoranta, piszącego swoje opus magnum w ogromnej bibliotece, w przerwach od pracy nad rozprawą o dekonstrukcji. Pisze na ścinkach papieru i receptach na psychotropy, które tkwią w kieszeniach.

Takie obrazy autora wywołała we mnie lektura tej dziwnej i oryginalnej książki. Czym jest „Dom z liści”? Na pewno thrillerem o fascynującej formie i przedziwnej treści. Odwróćmy jednak klasyczną recenzencką kolejność i skupmy się na formie. Bo „jak” to wielka zagadka, zbiór wymyślnych zabiegów edytorskich: od przypisów, które mogą ciągnąć się całymi stronami, przez przypisy do przypisów przypisów przypisów, po całe stronice, które swoim wyglądem przypominają labirynt. W niektórych rozdziałach, gdy historia gęstnieje w stronę horroru, czytelnik gubi się w tych zabiegach, na każdej kolejnej stronie pytając sam siebie: co czytać? Purysta, zapyta: po co to wszystko? Czytający odpowie: „Nie wiem. Bardzo się boję.” Ta książka to erotyczny sen edytora, zmieniający się w koszmar.Tak przynajmniej odbieram ją dziś, gdy nie muszę się bać. Bo skończyłem.

W warstwie fabularnej - wydaje się, że to klasyka: dom w którym straszy. I nie miałbym zastrzeżeń, ale ten dom wyrasta na… co właściwie? Bohatera? Cel? Symbol Boga? Złego, przedwiecznego stworzenia, czającego się gdzieś w Ameryce? W wielopiętrowej opowieści Jacka Wagabundy, dopisującego swoją historię do rękopisu, który opowiada i analizuje historię filmu o domu, naprawdę łatwo się zgubić. I o zagubienie właśnie chodzi. Wzmagane na każdym poziomie poczucie, że ta książka zrobi wszystko by, zwieść, omamić i pozostawić w tym semantycznym i semiotycznym labiryncie. To tego typu horror, który wciąga Was i każe patrzeć na świat oczami pełnymi paranoi. Jeśli jesteście podatni na książki o książkach, a przy tym nie wzdrygacie się przy słowie „postmodernizm” - „Dom z liści” będzie nie do zapomnienia.

Jeśli jednak lubicie klasyczny horror, który „się czyta” polecam przejrzeć „Dom z liści” leżący na księgarskiej półce. Uważajcie jednak, bo wyjście z labiryntu zbudowanego przez Danielewskiego jest jedno. I nie mam pojęcia, gdzie się podziało.