Poznański festiwal powstał w wyniku rozwoju polskiej sceny muzycznej i w zaledwie cztery lata od premierowej edycji stał się jej ważnym forum recenzenckim. Coraz częstsze nazywanie go właściwym świętem polskiej muzyki nie dziwi, a określa autentyczne znaczenie tej imprezy. Podczas festiwalu mieliśmy okazję rozmawiać z Agimem Dżeljilji.

Agim Dżeljilji to jeden z najbardziej doświadczonych producentów muzyki elektronicznej w Polsce. Tworząc grupę Őszibarack, od 2004 roku wydał cztery albumy długogrające, których powodzenie zaowocowało występami na wielu zagranicznych festiwalach (m.in. Eurosonic czy Europavox). W międzyczasie jako producent współpracował z zespołem Husky. Przez ostatnie lata, wraz z Igorem Pudło ze Skalpela i Jankiem Młynarskim współtworzył projekt Nervy, łącząc swoje fascynacje brzmieniem syntezatorów z żywym instrumentarium.

Krzysztof Żyła: Spotykamy się na poznańskim Spring Break Festival w dwa tygodnie po premierze EP-ki „Votulia”. Formalnie – twojej debiutanckiej solowej płyty.

Agim: No tak, znajomi z branży przekomarzają się pytając „Debiutant, jak się czujesz?”. Podoba mi się jednak – po tylu latach grania - ten przywilej resetu i nowego początku. Nie zapominam jednak o pokorze i ciężkiej pracy.

Jak więc się czuje świeżo upieczony debiutant?

Podobnie jak czternaście lat temu, kiedy wydawaliśmy pierwszy album Oszibarack. Z tymże dziś nie mam żadnych oczekiwań. Przyszło to dosyć naturalnie. Przez te lata muzyka cały czas we mnie była, funkcjonowała i w takim wydaniu się zmaterializowała. Nie siliłem się na eksperymenty, każdy może znaleźć na „Votuli” czytelne inspiracje. To jednak tylko część mojej autorskiej wypowiedzi, którą dopełnią jesienią pełnym albumem, na który materiał powstał w tym samym czasie. Instrumentarium i nastrój będą podobne.

Czy ten nowy start oznacza, że po latach współtworzenia w różnych konfiguracjach, dojrzałeś do autonomicznej wypowiedzi?

Traktuję to bardziej jako kolejny etap. Szukałem po prostu swojego języka w muzyce elektronicznej, którą przecież zajmuję się od początku. Przecież także w Oszibarack odcisnąłem swój stempel. To miało swoją cenę i konsekwencję, ale jestem z tego dumny, bo dzięki temu był to zespół unikalny. Tu skupiam się na rytmie, melancholii i tajemniczości, którą zawsze w sobie miałem, ale nie byłem w stanie jej zawrzeć choćby w Oszibaracku, który z zasady był pewnym pastiszem. Potrzebowałem autonomii do pełnego wyrażenia siebie i zdjęcia gorsetu. Muzyka jest dla mnie narzędziem, dzięki któremu przekazuję swoje emocje i spostrzeżenia. Co ważne, teraz pracuję zupełnie sam. Nie gram na żadnym instrumencie, ale od zawsze kochałem syntezatory i beat maszyny, na których generuję moje dźwięki.

Na scenie stoisz teraz sam. Nie dzielisz z nikim odpowiedzialności.

Oj bardzo to przeżywam, ale z drugiej strony wiem za co odpowiadam. Koncert jest pewną opowieścią, podróżą, w którą zabieram publiczność. Nabieram nowego doświadczenia. Na przykład koncert na ubiegłorocznym WROsoundzie był dla mnie lekcją, która pokazała mi jak wiele muszę zrobić jeżeli chodzi na przykład o moje brzmienie. Wierz mi, że dziś jestem o wiele mądrzejszy przez co i zadowolony z występów na żywo.

We Wrocławiu zaskoczyłeś słuchaczy formułą koncertu przenosząc scenę na środek sali. Będziesz to kontynuował?

Chciałbym, niestety nie wszędzie jest to logistycznie możliwe. Myślę teraz nad scenografią moich koncertów. Mam nadzieję, że coś nowego uda mi się pokazać już na Openerze. Oczywiście przywiązuję wagę do strony wizualnej, ale to nie jest najważniejsze. Najważniejsza jest muzyka, która ma połączyć widza z wykonawcą i wykonawcę z widzem.

Wracając do Poznania. Na tegorocznym Spring Break mamy wysyp artystów z kręgu muzyki elektronicznej. Jak patrzy na to debiutant-weteran sceny?

Zrobiła się moda na elektronikę, ale musimy pamiętać, że kij ma dwa końce. Z jednej strony to cieszy, że muzyka nowoczesna wzbudza coraz większe zainteresowanie. Mam jednak w związku z tym pewne obawy. Zauważam – choć to naturalne – że są powielane pewne schematy muzyczne. Wszystko już fajnie brzmi, ale brakuje mi w tym oryginalności, swojego pomysłu. Elektronika nie wymaga ogromnego warsztatu czy kunsztu – wymaga przede wszystkim gustu i umiejętności weryfikowania dźwięków, które prezentujesz. Jeśli masz to wyczucie i swój styl – jesteś wygranym. Wydaje mi się jednak, że niestety tego często brakuje. Nie chcę deprecjonować młodych artystów, ale wydaje mi się, że wkrótce muzyka elektroniczna wróci do undergroundu i zainteresowania zmaleje. Taka jest jednak cykliczna natura sztuki. Dla mnie muzyka elektroniczna nigdy nie była sposobem wypełnienia czasu, kochałem ją od dziecka, rosłem z nią. Mówiąc najprościej – prawdziwi się obronią.

Przygotowujesz się więc jakoś do obrony swojej jesiennej płyty?

Nie. Nie przygotowuję się i niczego nie oczekuję. Liczy się muzyka. Chciałbym tylko żeby ta muzyka się podobała. Zdradzę tylko, że jesienną trasę przygotowuję wspólnie z Karolem Mózgawą, znanym jako Deas. Pomagał mi miksować tę płytę, dobrze dogadujemy się i z tego wyniknie także nowa kooperacja. Więcej wkrótce, spokojnie planuję.