Gdzieś pomiędzy narodzinami mp3 a zmierzchem kaset audio zmalało znaczenie komercyjne okładek albumów. Przykładowo, propozycja kalifornijskiej grupy punkowej Death Grips przedstawia zdjęcie penisa wystającego z dolnej lewej strony albumu. Eric Clapton wydaje nowy krążek „Old Sock”. Jego okładka jest gorsza niż autentyczne zdjęcie starej skarpetki

W kontekście sporu na temat tego, jak rozpoznawalna powinna być okładka w erze, gdy większość muzyki ma postać plików, dwa przykłady dobitnie ilustrują przeciwstawne punkty widzenia. Płyta Claptona wygląda, jakby wytwórnia zapomniała w okładce, wysłała sms do piosenkarza przebywającego na wakacjach i wykorzystała pierwszą lepszą fotkę, jaką odesłał im tą samą drogą. Tymczasem napisano wręcz eseje o Davidzie Bowie, który w nowym albumie „The Next Day” nałożył kwadrat na okładkę starszego „Heroes”. Czy taki sukces designu oznacza, że opracowanie graficzne wciąż ma znaczenie?

Człowiekiem, który tak sądził, choć może z mniejszą pewnością niż dawniej, był grafik Storm Thorgerson, autor okładki „Dark Side of the Moon” Pink Floydów. Pracował on także z Black Sabbath, Led Zeppelin i Muse. To artysta, który stworzył unikalne diapozytywy wzmacniające przekaz audio. Nie umieści na okładce ładnej buzi wykonawcy, ale zamiast tego połączy dziwaczne zawijasy i na przykład przerażającą głowę w coś, co stanie się równie rozpoznawalne jak piosenki. Ponieważ ludzie, z którymi pracuję wciąż wydają CD, winyle i boksy, istnieje nadal zapotrzebowanie na obrazy - mówił rzeczowo. Człowiek, który pracował z największymi gwiazdami rocka w okresie największego rozkwitu tej muzyki podkreśla: - Myślę, że ludzie nadal oczekują, aby okładka płyty była jakoś powiązana z muzyką. Okładki albumów wprawdzie nie zwiększają ich sprzedaży, ale powinny jak najlepiej „reprezentować” muzykę. (…) – wspomina Storm.

Dużym sukcesem wydawniczym okazał się album „An Awesome Wave” Alt-J. , który dobył nagrodę Mercury i sprzedał się w prawie 100 tys. egzemplarzy. Zastosowana tam grafika to znacznie lepsze rozwiązanie niż zwykłe zdjęcie grupy, której członkowie wyglądają jak nauczyciele. Justin Bieber nigdy nie wyda albumu z ezoterycznymi kształtami na okładce zamiast jego twarzy, ale eksperymenty artystyczne rzadko trafiają na czołówki list przebojów. Artyści tacy jak Emeli Sandé czy One Direction wydają nienaganne i eleganckie okładki, które to potwierdzają. Ktoś jeszcze? Raczej nie. Projektant i reżyser Glenn Leyburn , który jest autorem debiutanckiego albumu irlandzkiej grupy tanecznej Le Carousel tak określa rolę grafiki- Ta muzyka to błogie elektroniczne rytmy, ale okładka jest wydarzeniem - mówi. - Żadnej nazwy. Żadnego zdjęcia. Stanowi ją zmniejszona kopia ogromnego obrazu na płótnie, który zostanie pocięty, a jego fragmenty dodane do limitowanej edycji albumów winylowych.

W ostatnich kilku latach obserwujemy dwie przeciwstawne tendencje - mówi Leyburn, do którego ulubionych okładek należą „Nevermind” i „Sgt. Pepper’s”. - Przy ściąganiu utworów z sieci projekt graficzny staje się nieważny. Ale jednocześnie powstają edycje limitowane.

Rythym Bab
KDMS New old normal

Podkreśla, że marketingowcy mniej interesują się obecnie okładkami, a w większych wytwórniach rola projektanta znacznie zmalała. Jednocześnie w branży wyraźna jest duża dbałość o sprawy edycji płyt. Dwa ostatnie albumy Radiohead, zespołu współpracującego ze Stanleyem Donwoodem, można nabyć jako wysmakowane boksy, prawdziwe domowe dzieła sztuki. A grafika krążka „Merriweather Post Pavilion” zespołu Animal Collective stała się wręcz kultowa. Płyty CD zaczęto sprzedawać w boksach wraz z nastaniem ery cyfrowej. Ale teraz, dzięki edycjom limitowanym i inicjatywom takim jak Record Store Day, klimat wcześniejszej epoki znowu wraca do łask. Ładne boksy pozwalają pokazać innym swój gust muzyczny. A pomysł Art Vinyl? Firma odniosła sukces oferując ramy do klasycznych winyli - prosty sposób na skomponowanie indywidualnej galerii. To odpowiada Thorgersonowi. Zaprojektował ostatni dwuczęściowy album Biffy Clyro, „Opposites”. Na pierwszej stronie umieścił wykrzywione drzewo. Zainspirowała go „zupa z tekstów, rozmów zespołu i muzyki” i chce, by fani obejrzeli całość, od początku do końca. Grafika może umierać na iPhonie, ale na namacalnym (i dość drogim) kartonie ma się dobrze.

Większość ludzi na początku uznaje tę grafikę za niezwiązaną z muzyką, ale one bardzo mocno się łączą - mówi. - W rocku dziwne znaczy dobre. Thorgerson podkreśla, że miał przywilej pracować z 10cc, Pink Floyd, Led Zeppelin, którzy nie przejmowali się specjalnie reklamą. -Miałem szczęście, ponieważ nie musiałem podporządkowywać się kryteriom ustalanym przez wytwórnie - podkreśla. - Oni nie mają o niczym pojęcia.

Wszystko to prowadzi nas do Yeah Yeah Yeahs. Jedna z najbardziej interesujących kapel tego wieku, z wokalistką Karen O, przez mniej progresywną konkurencję określana jest lekceważąco mianem szkoły artystycznej. Okładki ich trzech wcześniejszych albumów - mural, pomalowane na czerwono żebra, zdjęcie rozbijanego jajka - to była raczej zabawa niż coś wyjątkowego. Do czasu „Mosquito”. Okładka przedstawia nagiego bobasa z najeżonymi włosami. Żądli go wielki fioletowy komar z lśniącym czerwonym odwłokiem, wywracający jednocześnie słoik z zielona mazią. - Za komara uważam samą Karen O, rockmankę wojowniczkę - mówi projektant, urodzony w Korei Beomsik Shimbe Shim. - Chłopiec może uosabiać jakieś nasze lęki lub koszmary. Leyburn o tej okładce mówi: - Niesamowita. Trochę potworna…

O pierwszej okładce Yeah Yeah Yeahs nie mówiono nic. O drugiej też. Nowa jest czymś więcej niż tylko zabawą. - Mamy fanów nie dlatego, że robimy to, czego od nas oczekują - tłumaczy Karen O. - Mamy fanów, ponieważ robimy to co chcemy zrobić, a oni tego właśnie pragną najmocniej. Nikt nie oczekiwał od Natashy Khan z Bat for Lashes, by rozebrała się i nosiła na plecach nagiego mężczyznę, jak to czyni na okładce zeszłorocznego krążka „The Haunted Man”. Ale zrobiła to i powstał niezapomniany efekt. Tak, album sprzedał się gorzej niż poprzedni, „Two Suns”, ale - jak zauważył Thorgerson - stosowanie tej miary do grafiki to „podejście prostackie i wulgarne” i należy go unikać.

Znaleźliśmy się więc w punkcie, w którym branża graficzna odpowiada na potrzeby dumnych fanów, a nie wszystkich potencjalnych nabywców nagrań. Fanów i kolekcjonerów, którzy lubią estetycznie wyrafinowane boksy płyt. Oferta dla nich ciągle jest bogata. Mateusz Torzecki w swojej książce „Okładki płyt. Rzecz o wizualnym uniwersum albumów muzycznych” podejmuje próbę analizy zjawiska jakim są okładki płyt, proponując swoją metodologię i wyszczególniając sześć funkcji porządkujących to zjawisko.

Funkcja ochronna okładki to oczywiście zabezpieczenie płyty przez czynnikami zewnętrznymi podczas transportu i przechowywania. Współcześnie, ze względu często na brak nośnika, znaczenie tej funkcji znacznie maleje.

Drugą funkcją jest funkcja reklamowa, czyli opakowanie produktu jakim jest muzyka w sposób, który nakłoni odbiorcę do zakupu. Okładka była pierwszym elementem, z jakim stykał się odbiorca i to w pierwszej kolejności ona miała, poprzez właściwą kreację, rozbudzić jego pragnienie do zapoznania się z muzyką. Do funkcji reklamowej należą także podstawowe informacje o wydawnictwie: tytuł, wykonawca, spis utworów, wytwórnia, etc.

Zura
Twardowski

Funkcja informacyjna – najtrudniejsza w odczytaniu i wymagająca u odbiorcy pewnych kompetencji kulturowych – to przedstawienie graficzne treści muzycznych zawartych na płycie. To korespondencja kreacji graficznej z warstwą muzyczną.

Funkcja czwarta, to funkcja gatunkowa przekazująca istotne dla potencjalnego odbiorcy komunikaty, które mogą pomóc przekonać go do zakupu. Funkcja ta pozwala m. in. identyfikować styl muzyki zawartej na płycie.

Funkcja artystyczna zarezerwowana jest dla tych okładek, które albo sięgają do istniejących dzieł sztuki, albo same z czasem zyskały miano dzieł sztuki i stały się zjawiskiem kulturowym, do którego następnie odwołują się inni twórcy.

Ostatnią funkcją wyszczególnioną przez Torzeckiego jest funkcja ukrywająca polegająca na kamuflowaniu pewnych treści, które z pewnych względów (czy to kulturowych, czy społecznych, czy nawet z powodu gry wykonawcy z odbiorcą) nie mają być wprost uwidocznione na okładce.

Polska scena muzyczna zawsze z dużą pieczołowitością dbała o swoje okładki. Mogliśmy to zauważyć na przykładzie najznamienniejszych twórców. Chodzi tu o Rosława Szaybo i Stanisława Zagórskiego, którzy za granicą tworzyli okładki zarówno dla polskich jak i zagranicznych wykonawców (Krzysztof Komeda, Michał Urbaniak, Judas Priest, Leonard Cohen, The Velvet Underground, Aretha Franklin, The Clash, Fleetwood Mac, Elton John). Spośród grafików tworzących w kraju, należy wspomnieć Marka Karewicza i Stanislawa Żakowskiego (Stańko, Breakout, Laboratorium, Novi Singers). Współcześnie z naszego rynku możemy wyróżnić działania wytwórni „U Know me Records”, która wraz z każdym nowym wydawnictwem kładzie duży nacisk na stronę wizualną krążka. Możemy tu wymienić takie tytuły jak „The KDMS”, Rhythm Baboon”, „Rysy”, „SONAR”, „SOTEI”, „TWARDOWSKI” czy „ZURA”.

A co ze szkaradnym penisem z albumu Death Grips i twarzą Erica Claptona na okładce jego płyty? Pewnie byśmy o tym nie mówili, gdyby były takie zwyczajne.