Rozmowa z Mariuszem Szuplewskim. Jednym z inicjatorów życia nocnego. Człowiek, który swoją energią i charakterem, zaraża i motywuje. Jego imprezy przeszły do annałów historii a kolejne pomysły wprawiają w osłupienie. Rozmowa o życiu, Warszawie i czasie minionym.

Fabian Lic: Kim jest i skąd pochodzi osoba, która kryje się za pseudonimem dj Szum?

Mariusz Szuplewski: Urodziłem się w Warszawie, jestem związany z tym miastem i staram się tutaj funkcjonować jak najlepiej. Na początku swojej przygody z muzyką zaczęła mnie przyciągać warszawska niezależna scena alternatywna. Pamiętam pierwsze koncerty, które odbywały się w Hybrydach i SOS-ie i „Czad giełdy” punk rockowe, gdzie sprzedawano koszulki, T-shirty, kasety etc. Trudno jest mi to umieścić w czasie, jest to po prostu dla mnie przeszłość. Podziwiam takich ludzi, którzy mówią „A… trzynaście i pół roku temu to ja zrobiłem, to, to i to”. Nie należę do osób, które wybiegają myślami zbyt daleko w przyszłość, jak też mam problem z umiejscowieniem w czasie zdarzeń, które już miały miejsce. Myślę, że może być tak dlatego, że po prostu żyję dniem dzisiejszym, mam masę rzeczy do zrobienia, bo lubię sobie „dokładać” i na tym się skupiam.

Można wskazać kierunek, w którą stronę idę,

No dokładnie. Czasy punk rocka były dla mnie muzycznym początkiem. Okres, kiedy „wsiąknąłem” w scenę niezależną, był dosyć długi. Prowadziłem distro z t-shirtami i naszywkami, a później mieliśmy kapelę, dosyć rozpoznawalną o nazwie Dysmorfofobia. Działaliśmy lokalnie, w Warszawie, aczkolwiek zdarzyło się zagrać również kilkanaście koncertów w Polsce. Przechodziliśmy różne okresy w naszej grze. Na początku zespół nazywał się Stupid Tomatoes i graliśmy jazz-hardcore, a więc połamane i mocne brzmienia ze skłonnościami do metalowych solówek, ale z klangującym basem jak w Primusie, więc dość specyficznie. Później jako Dysmorfofobia ze zmienionym składem „lecieliśmy” już wolno, ciężko i industrialnie. Ja byłem odpowiedzialny za to industrialne brzmienie, bo grałem w metalowej konstrukcji, złożonej z blach, sprężyn, radiatorów i beczek. Łatwo nie było, bo ten zestaw trzeba było najpierw przetransportować, ale to były dobre czasy. Później nastąpiło pierwsze starcie z muzyką elektroniczną. Wielu moich znajomych ograniczało się do punk rocka, a ja coraz bardziej wchodziłem w nowy świat. Na co dzień, słuchałem różnych gatunków,

Byłeś po prostu otwarty na świat.

Jestem otwarty totalnie, aż do dzisiaj i nie ograniczam się na nowości. Wtedy słuchałem experimentalu, jazzu, reagge, ambientu, hardcore, no i oczywiście klasyki czyli New Order czy Depeche Mode, i stąd właśnie wywodzą się moje korzenie, jeżeli chodzi o muzykę elektroniczną. Kiedyś w Warszawie, ciężko było o dobrą muzykę klubową. Były oczywiście kluby, jednakże prezentowały one tylko i wyłącznie muzykę „popularną”, i trudno było spotkać coś nie komercyjnego i intrygującego. Dopiero z czasem powstawały pierwsze lokale, które sławiły się graniem muzyki klubowej nieco bardziej alternatywnym. Pojawiła się muzyka techno, w tamtym okresie głównie kojarzona z brzmieniami „Trezor”. To były chyba takie pierwsze tematy w kultowych miejscach jak Filtry i Piekarnia. Następnie na świecie nastąpiła moda na surowe brzmienia elektro, które mnie osobiście mocno zainteresowały i wkręciły. Ugruntowały mnie takie rzeczy jak Miss Kittin, DJ Hell, Japanese Telecom czy Drexciya. Dla mnie osobiście ta prostota 4x4 podsycona ostrym elektronicznym podkładem to była najbliższa wypadkowa od punk rocka, w którym mocno siedziałem.

W tym czasie także tworzyła się społeczność Rave. Ta specyficzna subkultura, która odznaczała się słuchaniem progresywnego techno, w specyficznych miejscach była odzewem społeczeństwa na to co działo się na zachodzie. Masowe imprezy w Niemczech czy we Francji, które przechodząc do historii, były wzorem dla ludzi znad Wisły. Emanowały one wolnością, nieskrępowaną możliwością wyrażania Siebie.

Większość rzeczy jakie robiłem i robię, to są rzeczy dla mnie.

Okres ten był czasem, kiedy łamano stereotypy. Każdy z Nas pragnął mieć odskocznię od życia codziennego. Spotkać się gdzieś, rozładować swoją energie, a zarazem spędzić czas w fajny sposób. Dawała to muzyka i kultura, która wokół tego powstawała i była dla wielu czymś więcej, niż tylko siedzenie na kanapie, i oglądaniem telewizji. Dla mnie osobiście muzyka ma o wiele szersze horyzonty. Uważam, że w każdym nurcie, można znaleźć coś fajnego, tylko trzeba umieć szukać. To tak jak z selekcją, którą prezentuje DJ, może być dobra, albo i nie.

W zeszłym roku, ekipa Audioriver Festival wypuściła około 15 minutowy film promocyjny, odnoszący się do rozwoju imprez w Polsce. Cieszę się, że powstał taki obraz, który w krótkim czasie stara się przybliżyć tamtą kulturę i wyjaśnić czym ona była.

Miałem okazję zobaczyć ten film. Super sprawa, że powstają takie rzeczy, które mogą pokazać i wyjaśnić pewne zjawiska młodszym pokoleniom. W fajny sposób pokazano tam jak ludzie odbierają muzykę. Chodzi o emocje i uczucia, które łączą wszystkich uczestników tak wielkiego festiwalu, jak też więź jaka tworzy się pomiędzy nimi, a samymi artystami. Jest to czysta festiwalowa magia i dobrze, że takie rzeczy mają miejsce, bo mam wrażenie, że na co dzień jeśli chodzi o kulturę klubową, młodsze pokolenia widzą ten świat inaczej. Podobnie jak to wygląda z plikami mp3. Nie liczy się teraz tak bardzo jakość, jak dostępność i ilość tych treści. Muzyki w tym momencie jest mnóstwo. Mamy nieskończoną ilość producentów. Tak naprawdę, teraz każdy w domu może zrobić sobie studio, siedząc przed komputerem i wypuścić to gdzieś do sieci. To również tyczy się grania w klubach. Wielu DJów teraz siada na parę godziny przed imprezą, którą ma zagrać i ściąga kilkadziesiąt najbardziej obecnie popularnych utworów, po czym idzie je grać. Dla mnie to wcale nie oznacza, że są to dobre kawałki, pomijając fakt, że możesz przejść się po klubach i wszędzie usłyszysz tę samą „nutę”. Jest to w którymś momencie proste i mało wyszukane, ale patrząc globalnie na obecne pokolenia różnorodność i odrębność nie jest dla nich aż tak ważna. Nie wiem skąd to się bierze i do końca to do mnie przemawia. Ja jestem oldschool’owcem, który dorastał w czasach, gdzie dominującym ruchem były subkultury i właśnie to co one dawały, czyli odmienność i oryginalność. Od lat gram w 100% z winyli, które nie są tanie, więc zanim kupię track, to głęboko się zastanowię – trochę inaczej niż z plikiem mp3. Może jest to mój fetysz, może po trosze fanaberia, ale dla mnie najważniejsza jest jakość i selekcja, a dodatkowo lubię „dotknąć dźwięku”, a inaczej jest jak puszczasz utwór z czarnego nośnika. Ktoś powie: „ale grasz stare rzeczy, bo sprzed pięciu lat”. Płyty kupuję cały czas, w klubie mixuję najnowsze brzmienia z utworami ponad dziesięcioletnimi i to jest właśnie zabawa. Trzeba pamiętać, że dobra muzyka nie posiada etykiety przydatności do spożycia.

Granie z winyli stało się to twoim znakiem rozpoznawczym. Ewolucja twojej osoby jest również ciekawa. Tak jak wspomniałeś wcześniej, początki to zdecydowanie punk rock a dziś mamy Mariusza Szuplewskiego, dj Szum’a, m.in. twórcę kolektywu Radical Dancefloor Killers.

Tak jak ci mówiłem, zacząłem jako muzyk. Miałem kilka ciekawym projektów, Z takich znanych to Bauagan Mistrzów. Początki to świat różnorodności, można powiedzieć, że międzystylu muzycznego. Każdy znajomy, z którym tworzyłem, miał w sobie podstawy bazujące w innym stylu muzycznym. Z czasem spotkałem cały przekrój muzycznych osobowości. Był także czas, kiedy prowadziłem wydawnictwo „Zgniłe mięso”. Wspólnie z Maciejem Morettim wydawaliśmy wtedy totalnie różnorodne i odjechane rzeczy. Robiliśmy także warszawski festiwal, wspólnie z chłopakami z Łyżki Chilli Chili, który nazywał się „Weź to wyłącz”. Na festiwalu były totalnie kosmiczne i komiczne projekty muzyczne i nie tylko. Można powiedzieć, że było to wydarzenie absurdu, którego to kolejne edycje ściągały przeciętnie po 600-800 osób. W Zgniłym Mięsie natomiast, były wydane pierwsze płyty Mitch&Mitch oraz Dick4Dick, czyli dwie bardzo ważne pozycje muzyczne od których to zespoły wypłynęły na szerokie wody. Czyli to co ewoluowało w stronę ambitnej muzyki było na początku trochę zabawą. Czysty surreal, a zarazem dosyć specyficzne i ciekawe zjawisko. W międzyczasie coraz większą odskocznię od tych działań znajdywałem w brzmieniach elektronicznych. W tym momencie ten świat mnie tak zafascynował, że równorzędnie robiąc inne rzeczy, pchałem swoje wydawnictwa i grałem w Bauaganie. Swoje pierwsze kroki jako DJ stawiałem w zagłębiu klubowym na fortach przy Racławickiej w klubie Pruderia. To była forma oderwania się od innych nurtów muzycznych i po prostu dobra zabawa. Puszczałem utwory, które mnie kręciły, ludzie dobrze się przy nich bawili i powoli zaczęło to wszystko rosnąć w siłę.

Grałeś w tym czasie bardziej pod siebie, czy raczej to co było wtedy modne?

Zdecydowanie pod siebie. Większość rzeczy jakie robiłem i robię do dziś, wychodzą ode mnie, bo wyznaję zasadę, że w muzyce trzeba być przede wszystkim szczerym. Puszczam utwory, które grają mi w duszy i jeśli publika nadaje na tych samych falach, to nawiązuje się wtedy wspaniała więź. To co się robi nie musi być modne, ale jeśli zostaje być doceniane to znaczy, że jest dobre i podążasz odpowiednią drogą. Dodatkowo daje mi to kopa do życia jak widzę, że mogę dać tyle przyjemności ludziom na imprezie.

Zauważyłem po rozmowie z twórcami, że wydanie winyla, to prezent raczej dla samego siebie, niż szansa na dobre ulokowanie pieniędzy i czekanie za zysk.

Oczywiście, przede wszystkim pasja, gdybym chciał tylko zarobić to nie grałbym z winyla. Po prostu nie wydawałbym tych pieniędzy na kolejne płyty. Tak jak powiedziałem, jestem oldschool’owcem. Lubię brzmienie czarnej płyty, a kupując winyl dodatkowo dokładam małą cegiełkę dla artysty, którego tracki się tam znalazły. Zagrałem już setki imprez w Polsce i wiem, że jak schodzi osoba, która grała z „czarnych placków” a po niej wchodzi ktoś kto gra z mp3, różnica w dźwięku jest kolosalna. Z reguły utwory w plikach cyfrowych są źle zmasterowane, brakuje basu i jest za dużo wysokich dźwięków tak, że to po 15 minutach uszy bolą. Oczywiście, można próbować zniwelować to ustawieniami korektora, czy na końcówce mocy, ale wiadomo jak to jest z akustykami w rodzimych klubach.

Wiadomo, że robienie w naszym kraju rzeczy ambitnych nie jest łatwe, a na pewno nie można liczyć na duży zysk z tego.

Generalnie, sam fakt jak ktoś gra na winylach bardziej zbliża go w stronę muzyka niż DJ-a, który gra z przygotowanych plików. Dla mnie takiej osobie jest bliżej w tym momencie do informatyka.

Trochę tak, ale jeśli to jest dobry DJ, dba o sound, nie „wywala na czerwone” na mixerze, to ja nie mam nic do tego, że on gra z plików. Najbardziej śmieszy mnie to, jak ludzie przygotowują seta w domu i wciskają tylko play, albo ustawiają sobie auto-sync na komputerze i to jest ich całe miksowanie. Kręci sobie tylko efektami, utwory mu się same miksują. Robią tak największe światowej klasy sławy. Szczerze, to ja bym nie miał nawet z takiego grania przyjemności. Dla mnie musi był to „WOW”. Muszę płytę dotknąć, chwycić swoimi palcami, opuścić ramię gramofonu, popchnąć. Dopiero wtedy zaczyna się zabawa i można poczuć „magię winyla”.

A co powiesz na temat bookingu w Warszawie. Na pierwszy rzut oka trudno znaleźć miejsca z ciekawą ofertą muzyczną.

Nie jest tak do końca źle. Ciągle powstają nowe miejsca, które chcą zaproponować ciekawy świat muzyki. Ale istnieje też takie zjawisko, gdzie impreza z naprawdę ciekawym bookingiem ma bardzo małe zainteresowanie, a na „jakąś tam” nie będę cytował dyskotekę, gdzie lecą „złote przeboje”, ściąga ponad 800 osób, bo w tym miejscu trzeba się pokazać. Taka warszawska maniera. Podobnie sprawa się ma z większością miejscówek nad Wisłą, gdzie często leci chłam i radiowe rytmy. Tam właśnie możemy znaleźć najwięcej ludzi.

Mimo wszystko broni się kilka miejsc, czy kilka inicjatyw. Możemy tutaj wspomnieć chociaż o projekcie „Lato z Lado”. Gdzie możemy usłyszeć i zobaczyć tysiące ciekawych projektów.

Oczywiście cenię takie projekty. Zwróć uwagę, że jest to jednak ciągle zjawisko niszowe. Wiadomo, że robienie w naszym kraju rzeczy ambitnych nie jest łatwe, a na pewno nie można liczyć na duży zysk z tego. Cenię chłopaków z Lado, są to moi dobrzy znajomi i wydają naprawdę ciekawe muzycznie rzeczy, przyczyniając się do propagowania ambitnej muzyki. Od lat podążają swoją drogą, tworząc warszawską scenę, ale nie jest to łatwe. Dzięki takim ludziom i mniejszym inicjatywom klubowym stołeczna scena jest zróżnicowana. Nie możemy się ograniczać tylko do dużych, znanych klubów i kolejnego boomu na muzykę techno. Powinniśmy sami jako odbiorcy szukać ciekawych rzeczy właśnie w mniejszych klubach, tak jak to już dawno dzieje się np. w Berlinie.

Mam takie wrażenie, że polskie „małe” wytwórnie, które pragną stać się większymi, nie potrafią przejść transformacji sformalizowania się jako firmy, która ma plan budżetowy, swoje cele, projekty i musi się realizować według planu, który ma przynieść na końcu zysk.

Po pierwsze to zależy od tego, czy dla nich liczy się tylko zysk. A po drugie nie wiadomo, czy mały label, chcę stać się duży. Bardzo ważnym czynnikiem w dzisiejszych czasach jest promocja. W natłoku wszystkiego, ciężko jest się przebić ze swoją treścią. Każdy z nas widzi to i odczuwa na własnej skórze.

Niestety, nie ma złotego środka. Każdy projekt musi posiadać swój klucz do promocji. Wydaję się, ze RDKIllers znalazło swój sposób, by dotrzeć do fanów klubowego grania. Jak to się w ogóle zaczęło?

Radical Dancefloor Killers czyli RDKillers, to po prostu pójście za ciosem tego co robimy i konsekwencja zgłębiana przez lata działalności. W momencie końca Saturatora zakończyłem jakiś etap swojej autorskiej działalności jako DJ SZUm i potrzebowałem czegoś więcej. RDKillers to już nie sama DJka, tylko imprezy audiowizualne z mappingiem włącznie, narodziło się w nowym miejscu, w klubie Powiększenie. Klub ten dziś już nie istnieje, ale zapewne wielu osobom świetnie zapisał się we wspomnieniach. Michał Borkiewicz „Borek” (który prowadzi obecnie miejsca Plan B i BarKa, Plac Zabaw), robił tam w tygodniu bardzo fajne undergroundowe koncerty, które może nie były zbyt dochodowe, ale była to jego pasja i chciał pokazać ludziom coś fajnego, innego. Koncerty od jazzowych po noise-owe, praktycznie było tam wszystko. Za to w weekendy były już większe cykle imprez klubowych, m.in. nasz ESVW z kolektywem Radical Dancefloor Killers, który przetrwał do końca działalności klubu ponad 3 lata.

Wciąż chcemy grać i tworzyć kolejne eventy. W tym momencie ciągnie mnie coraz bardziej w stronę acid-house i techno.

Niezły kawał czasu.

Wydarzyło się wiele świetnych imprez i należy zaznaczyć, że były to eventy audiowizualne, gdzie potrafiliśmy pół dnia pracować, żeby ta impreza mogła w ogóle powstać. Wieszaliśmy tam około dziesięciu rzutników, mieliśmy różne tiule i dekoracje a na dodatek robiliśmy maping na scenie. Było to naprawdę wielkie, fajne imprezy. Pełny parkiet i imprezy do rana, to był znak rozpoznawczy Electric Space Video World. Do dziś można zobaczyć jakieś filmy z tych imprez na YouTube.>

Patrząc na to co się dzieje w Warszawie, to można uznać, że schedę po Was przejął projekt Move Mózg i imprezy w Mózg Warszawa. Podobnie jak Wy, ten kolektyw, stara się wnieść do imprez coś więcej poza muzyką. To przede wszystkim inicjatywa mająca na celu pobudzenie kreatywności i myślenia oraz rozbudzenie wrodzonej ciekawości w różnych obszarach naszego życia.

Każda taka inicjatywa zasługuje na szacunek, jeśli twórca nie myśli wyłącznie o sobie, tylko stara się dać odbiorcy coś więcej od siebie. Fajnie, gdy imprezy wnoszą coś więcej. Niesamowitym plusem jest aspekt wizualny, który dodaje do całości kropkę nad i.

Jeśli już mówimy o imprezach i aspektach wizualnych, to należy wspomnieć tegoroczny występ Radical Dancefloor Killers, podczas ostatniej edycji Audioriver Festival. Mieliście okazję grać na głównej scenie po „Danger”. Fajne, że organizatorzy ustawili Was w line up’ie zaraz po sobie, mając na uwadze, że oba występy mocno stawiają na stronę wizualną.

Również cieszyliśmy się z możliwości występu i do tego po takiej gwieździe ja Danger na głównej scenie festiwalu. To że zostaliśmy dostrzeżeni i zaproszeni przez tak doświadczonych ludzi jak organizatorzy tego festiwalu, dało nam dodatkowego kopa do działania i było zwieńczeniem naszej kilkuletniej działalności jako kolektyw RDKillers. Podczas występu godzina była już późna lub jak dla niektórych wczesna (śmiech), ale bardzo miło było widzieć, jak dużo ludzi dla zostało, żeby z nami się bawić, tym bardziej, że nie byliśmy jakąś mega gwiazdą, wśród 70 artystów z zagranicy. Można powiedzieć, że udało nam się zrobić fajną imprezę i zatrzymać tych wszystkich ludzi z namiotów i innych scen, gdzie powoli kończyło się granie.

Można było także zobaczyć waszych fanów, którzy mieli na sobie ubrania pokryte Waszym charakterystycznym znakiem.

Również to zauważyliśmy Było to niezmiernie miłe. Chciałbym w ogóle podziękować organizatorom za możliwość zagrania dla tak fantastyczniej publiczności. Miłe jest docenienie pracy, którą wykonuje się przez ponad 12 lat. Wtedy wiem, że to co robię ma sens i chcę się działać dalej. Z punktu widzenia festiwalu, nie przypadła nam łatwa rola, jaką jest zamykanie imprezy. Dlatego, że przed Tobą gra gwiazda. Wchodzimy o godzinie, gdzie nie ma już tak wielu ludzi jak na początku, a w namiocie obok zaczyna seta Sven Vath

Co dalej z Tobą i RDKillers?

Idziemy dalej. Wciąż chcemy grać i tworzyć kolejne eventy. W tym momencie ciągnie mnie coraz bardziej w stronę acid-house i techno. Można zaryzykować stwierdzenie, że następuje taki powrót do korzeni. Ciągle też lubię melodie i wokale, więc zostawiam sobie otwartą drogę do wakacyjnych plenerów, gdzie będę grał taką właśnie nutę. Na pewno zostaniemy przy tym co robimy, czyli winylach oraz mocnym nacisku na aspekt wizualny. Są plany wydawnicze związane z reedycjami płyt, które były wydane nakładem Zgniłe Mięso. Obecnie można nas zobaczyć podczas nowego cyklu „Dobry Wieczór” oraz usłyszeć 15 kwietnia w Czwórce PR w audycji Norberta Borzyma - Kluboteka.