Kim u licha jest Kehlani? To pytanie wydaje się być zasadniczym, bo rzeczywiście nie jest specjalnie znana w kraju nad Wisłą. W takim razie do rzeczy. Jej przygoda z muzyką rozpoczęła się w 2010 roku. Przewodziła wtedy grupie PopLyfe. I kto wie, czy nie byłaby dziś gwiazdą pokroju Szajs Gerls, gdyby nie prorocze słowa Piersa Morgana, jednego z członków jury „America’s Got Talent”: „Masz prawdziwy talent, nie potrzebujesz rozmieniać go na drobne w grupie”. Zadebiutowała w 2014 roku mixtapem „Cloud 19”, potem nagrała jeszcze przebój „Gangsta”, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu „Legion samobójców”. Teraz przyszedł czas na sprawdzian jej możliwości. Jeśli mierzyć go sukcesem pierwszego singla, wypadł przyzwoicie – „CRZY” znalazł się na liście „Billboardu”, co wystarczyło, by o Kehlani znów stało się głośno.

A „SweetSexySavage” przynosi piosenki w rozmaitych stylistykach, od nowoczesnego hip hop, soulu, spokojnych nastrojowych piosenek, po tradycyjne czarne śpiewanie, prawie gospel. Takie niekonfliktowe R&B. Kehlani może być konkurencją Brandy, dla mniej wymagającego ucha to mniej więcej ta sama kategoria wagowa. Debiutancki album ukazuje artystkę w naprawdę dobrym świetle. Ciekawe, wpadające w ucho refreny, przywodzą na myśl najciekawsze przeboje Aaliyah. Sama Kehlani sprawia wrażenie, jakby była pod dużym wpływem muzyki dziewcząt z lat 90-tych, choćby TLC i im podobnych artystek.

Tylko, że Kehlani nie stara się być jedynie naśladowczynią, jej główną siłą jest feeling.

Płyta przynosi naprawdę sporo ciekawej muzyki. Właściwie każdy jej fragment w mniejszym lub w większym stopniu może zabłysnąć na „czarnych” listach przebojów. Zaś dzięki urozmaicającym rozwiązaniom produkcyjnym całość po prostu wciąga. Kehlani pozwala sobie również na udane wycieczki bardziej sentymentalne, jak w nastrojowym „Thank You”.

Album promował utwór „Distraction”, który dość szybko zawędrował na czołówki różnych list przebojów i zapewne nie będzie jedynym utworem z tego albumu, który pójdzie taką drogą. Całość trochę zbyt jednostronna – zdecydowanie dominują w tej mieszance utwory spokojne, sentymentalne, by nie powiedzieć mdłe. Większość z nich przesycona jest soulową aurą. Szkoda, ze tak mało tu kompozycji o żywszej rytmice, jak w nawiązującym do trapu „Personal”, w którym wykorzystano automat perkusyjny, zmianę tempa oraz wielowarstwowe zastosowanie syntezatorów.

„SweetSexySavage” wypełnia „nocna” muzyka, delikatna, tajemnicza, wysublimowana. Chwilami urzeka ulotnymi melodiami („Escape”). Innym razem zaskakuje akustyczną gitarą („Hold Me by the Heart”). Raz brzmi jak przystało na 2017 rok, a raz jakby z innej epoki. Kehlani śpiewa dużo oszczędniej od amerykańskich wokalistek, i chyba dlatego, że mniej w jej śpiewaniu erotyzmu, a więcej pasji, płyta „SweetSexySavage” jest taka dobra.