Ślub to całkiem miłe wydarzenie. Dwie rodziny przybijają sobie wieczną piątkę. Będą razem, będą sobie ufać, nawzajem sobie pomagać, kochać, wspierać. To zawsze kamień milowy w naszej pamięci, nowy rozdział.

Wielu ozdobionych obrączką dzieli swoje życie na to, co było przed i nastąpiło po. Zazwyczaj później pojawiają się dzieciaki, wspólne mieszkanie – ognisko domowe. Stabilizuje się dobrobyt, a „cześć kochanie, wróciłam z pracy” zaczyna brzmieć jeszcze cieplej. Jest też zabawa, wielka impreza, na którą wreszcie udaje się zaprosić wszystkich przyjaciół, bliskich i znajomych. Pod jednym dachem zamykasz swój cały świat. W społecznym wyobrażeniu ślub jest symbolem sukcesu w życiu prywatnym, zmiany z dobrego na lepsze.

Tej wizji nie przyklasnęliby jednak polscy filmowcy. W ich oczach rytuał śłubu nabiera ponurych barw i bliżej mu bardziej stypy. Wesele jest idealnym momentem, by skumulować wszystkie frustracje, lęki, pogłębić podziały i rozliczyć przeszłość. Za horyzontem dla młodej pary rozpościera się bagno, w którym i tak tonie już pół rodziny. Kolejne filmy przekonują, że wygodniej niż razem jest być osobno. Polskie kino skompromitowało ślub nie raz, w każdym przypadku wyciągając na pierwszy plan inne, interesujące wątki.

W 1972 roku Andrzej Wajda przypomniał gorzki w wymowie tekst Wyspiańskiego. Podobnie jak młodopolski dramaturg związał ten rytuał nie tyle z historią rodzinną, co historią patriotyczną. U Wajdy oczywiście nie dochodzi do żadnego obyczajowego skandalu, rozłam ma miejsce na poziomie symbolicznym. Dom weselny ma być sceną, na której krakowska inteligencja i chłopstwo mają się skonsolidować. To tam ma narodzić się inicjatywa wspólnego powstania oraz walki o niepodległość. Niezależnie od klasy, majątku i pochodzenia wszyscy powinni iść ramię w ramię. To oczywiście utopia, marzenie niemożliwe do zrealizowania. Im bliżej końca tym dosadniej odzywa się historia. Gościom objawiają się postaci, przypominające o dawnych konfliktach, nieporozumieniach i zmarnowanych szansach.

Wajda ze swoim plastycznym zmysłem maluje na naszych oczach barwny świat, zręcznie miesza porządek wyobrażony z tym rzeczywistym. Bronowicka chata tętni życiem, ale wewnątrz jest tak naprawdę martwa. Dostajemy piękną wizualnie panoramę społeczną, przejmujący krajobraz pobojowiska. To spowita mgłą ziemia, na której nic nie wyrośnie.

Jeszcze ciekawej jest w Weselu Smarzowskiego. Reżyser za pomocą prowokującego tytułu zapowiada, że będzie mierzył się z fundamentalnym dla polskiej kultury tekstem. Składa przysięgę, ale za plecami ma skrzyżowane palce. Podobnie zresztą jak wszyscy uczestniczący w weselu goście. W jego świecie nie ma żadnych wartości, zasad i autorytetów. A przecież w polskiej tradycji ślub wydaje się zawsze ich potwierdzeniem. Chodzi o rodzinę, miłość czy wiarę. Wojciech Smarzowski sprowadza swoich bohaterów na bruk, upokarza jednego po drugim, tapla ich w morzu wódki, pozwala ujść wszystkim społecznym patologiom. Bo przecież ślub jest ku temu idealną okazją. Najłatwiej zarysować wtedy wszystkie kontrasty – a kino, jak każda sztuka, uwielbia nimi operować.

Rodzinę od środka rozsadza nienawiść. Pan młody najchętniej w welon ubrałby samochód sprezentowany przez teścia, ksiądz w kazaniu przestrzega przed chciwością, której sam jest idealnym ucieleśnieniem. Ślub to maszyna generująca rachunki.

Wesela w polskim kinie gwarantują traumę i niedowierzanie.

Nad strażacką weselną remizą unosi się zapach zgnilizny. To polskie piekiełko i bagno wymiocin. Spiralę wydarzeń napędzają kolejne zdrady, korupcja, gangsterka, małe kłamstwa i wielka hipokryzja. Film Smarzowskiego toczy się jak śnieżna kula. Na samym początku jedna z obrączek spada na kościelną posadzkę i toczy się pod nogami weselnych gości. Echem tej niewinnej wpadki jest wieńczące film donośne „wypierdalać!” Wiesława Wojnara. Chyba nikt nie żałował, że poprawiny się nie odbyły.

Wesele Wajdy ma przede wszystkim kontekst narodowy, reżyser mocuje się z historią i symboliką narodowych niepowodzeń. Smarzowski z kolei rozliczył się z polską współczesną, wkraczając w nowoczesność. Ciągle jednak niedorosłą i nieufną. Gdzieś między nimi znajduje się Demon Marcina Wrony, dopisujący kolejny rozdział do naszej kultury biesiadowania.

Na pierwszej płaszczyźnie czasowej mamy wesele, nowożeńcy naprawdę są w sobie zakochani. Tempo filmu i humor przypominają o Smarzowskim, ale dramaturgiczne umocowanie głównej osi fabuły w wypartej przyszłości łączą Demona z tekstem Wyspiańskiego. Najważniejsze jest to, że akurat weselne przyjęcie okazuje się idealnym momentem, by upomnieć się o wstrząsającą historię z czasów, gdy miasteczko zamieszkiwała żydowska mniejszość. Wajda na pierwszy plan wyeksponował porządek symboliczny, przywołany przez wyobraźnię bohaterów. Smarzowski postawił na realizm, na kumulację wszystkich ludzkich słabości i przywar, eliminując ze swojego filmu jakąkolwiek matafizykę - w zdewastowanym przez ekstremalny materializm świecie nie ma dla niej miejsca. W Demonie objawia się ona jednak z całą siłą. Wrona przeraża, Wajda wprowadza w nastrój melancholii, Smarzowski drwi i wyśmiewa.

Wesela w polskim kinie gwarantują traumę i niedowierzanie. Polscy twórcy zgodnie przyjęli, że tragedia wyjątkowo atrakcyjnie wygląda w białej ślubnej sukni, a maszerując do ołtarza najskuteczniej depcze się wszystkie świętości.