Rozmowa z Błażejem Malinowskim, która odbyła się w trakcie trwania tegorocznej edycji festiwalu Audioriver.

Fabian Lic: Jakie jest twoje zdanie na temat imprez takich jak Audioriver? Jest ich w Polsce za dużo czy za mało, czy ich wartość ciągle rośnie, czy raczej idzie w odwrotnym kierunku?

Błażej Malinowski: Uważam, ze imprez w Polsce nie jest za dużo, mogę wręcz powiedzieć, ze imprez i wydarzeń nigdy za wiele. Rotacja jest bardzo ważna. Wiele osób często mówi o przesycie, ja natomiast w ogóle tego nie czuje. Co do wartościowania: myślę, ze każdy event powinien iść swoja droga, która najlepiej czuje, bo tak naprawdę ta wspólna praca daje szanse na rozwój całej sceny. Każda z tego typu imprez, jak Audioriver, Up To Date, UnSound, Ofl Festiwal czy Nowa Muzyka, ma swój charakter i swoja wartość. Audioriver jest największym festiwalem, ma najwięcej scen, ma największy przekrój muzyczny. Inne festiwale skupiają się nieco mniej na muzyce, bardziej na atmosferze, wiec tak jak wspomniałem, wartościowanie całego zjawiska nie ma w ogóle sensu. Niech każdy po prostu robi i wybiera coś dla siebie, w zgodzie z samym sobą.

Z sieci można się dowiedzieć, ze jakiś czas temu przeprowadziłeś się do Berlina. Grasz wiele imprez, wiec możesz porównać frekwencje miedzy eventami w Polsce i w Niemczech oraz to, jak ludzie reaguje na muzykę. Często możemy być świadkami sytuacji, w których klub świeci pustkami w momencie, kiedy bookowany zostaje mało znany producent.

Jeśli mam już porównywać, to Berlin jest o tyle szczęśliwym miejscem, szczególnie w sezonie letnim, ze przyjeżdża tam masę ludzi, którzy chodzą do klubów i spędzają tak wakacje, wiec ta frekwencja bywa na pewno większa. Polska scena w moich oczach coraz bardziej się rozwija, zatem i odbiorców przybywa. I w Polsce i w Berlinie miałem okazje bywać na imprezach, na których grały naprawdę potężne nazwiska: i było na nich niewiele osób. Ja w klubie pojawiam się w momencie, kiedy mnie coś konkretnie interesuje - i wtedy potrafię wpaść na imprezę, wysłuchać danego artysty i wrócić do domu. W Warszawie, czy w jakimkolwiek innym mieście, myślę ze byłoby trudno o frekwencje w środku tygodnia. Czuje, ze przez ostatnie kilka lat scena klubowa w Polsce mocno urosła, coraz więcej młodych ludzi przychodzi na imprezy i są oni skłonni trochę więcej zapłacić za wejście, co przekłada się bezpośrednio na bookingi ciekawszych artystów i na możliwość zaproszenia kilku artystów naraz. Zatem widzę cały czas rozwój sceny klubowej nad Wisła.

Od jakiegoś czasu w naszym kraju można zaobserwować podział, mocny i wyraźny, na muzykę ambient, off oraz na świat muzyki popularnej i - tak zwanej - chodnikowej. Widać to szczególnie po klubowej mapie naszego kraju, gdzie coraz częściej dochodzi do sytuacji, ze znane marki zamykają się, by ponownie powstać, ale za to w innej już formie.

Od zawsze wybierałem wydarzenia, które mnie interesują i zawsze staram się odnaleźć tam coś dla siebie. Nie chciałbym mówić o zubożeniu gustów muzycznych widowni. Trudniejsze rzeczy zawsze przyciągają mniejsza ilość odbiorców, tak to już jest. Mam przyjaciół, którzy promują imprezy, festiwale i bardzo ciekawe wydarzenia - i muszę przyznać, ze jest to bardzo ciężka działka, szczególnie w warunkach, gdzie zaprasza się kogoś, kto zarabia w euro i należy opłacić mu przelot oraz wszelkie dodatkowe koszta. Jest to po prostu bardzo trudne zadanie, dlatego należy się im wszystkim ogromny szacunek. Wpiałe jest to, ze większość tego typu działań to aktywności oddolne, co czasami przekłada się na finansowe straty. Dlatego po kilku nieudanych imprezach siła i motywacja może nieco zubożeć na sile. Choć większość osób, które znam, po jakimś czasie wraca do działania ze zdwojona siła.

W szczególności, kiedy trzeba do tej imprezy dokładać samemu.

Niestety, często to się zdarza.

Oczywiście można skapitulować raz, drugi czy trzeci. Ale po kolejnych niewypałach plany na przyszłość mogą się mocno pokrzyżować.

To jest wpisane w ryzyko promotorskiej pracy, ale moim zdaniem - najważniejsze jest działanie. Najważniejszym jest robienie tego, co do nas należy, niezależnie, czy jest to coś dużego, czy małego: najważniejsze, by było to szczere. Musimy pamiętać, by nasza prace potraktować jak drogę, która po prostu chcielibyśmy codziennie pokonywać.

A w jaki sposób ciebie zainteresowała muzyka? Czy to był jakiś ulubiony program telewizyjny, może jakieś czasopismo, audycja radiowa?

Zaczęło się od klubu, czyli dosyć standardowo: pomyślałem sobie, ze to jest miejsce, w którym mógłbym się odnaleźć. Kompletnie nie wiedziałem, jak zabrać się do tworzenia. To było w czasach, kiedy mieszkałem jeszcze w Toruniu i byłem w liceum: przez kilka lat nie miałem towarzystwa, które się tym zajmowało. Po przeprowadzce na studia do Warszawy postanowiłem, ze chce to robić. Nie było mnie kompletnie stać, by zainwestować w sprzęt, wiec postanowiłem, ze wyjadę do pracy do Stanów Zjednoczonych, by kupić tam swoje pierwsze gramofony. Zacząłem kolekcjonować płyty, grac na małych imprezach w Toruniu, potem w Warszawie. Następnie przyszły rzetelne produkcje, audycje radiowe: i wszystko po jakimś czasie nabrało naturalnego rozpędu.

Jak w ogóle widzisz i oceniasz to, co dzieje się z polskimi stacjami radiowymi? Są one zamykane lub przekształcane, a tak naprawdę to one stanowiły trampolinę do kariery DJ-ów i producentów muzycznych. To one promowały i były parasolem ochronnym dla ludzi, którzy zaczynali swoje drogi artystyczne. Stacje radiowe były przede wszystkim motorem napędowym do rozwoju i promocji przeróżnych gatunków muzycznych. Mam w tym miejscu na myśli Roxy, które stało się Rock Radiem, a teraz dodatkowo Czwórka ma się stać kanałem informacyjnym. Kurczy się ilość miejsc, gdzie może rozbrzmiewać ciekawa muzyka. Dawniej mieliśmy do wyboru kilka interesujących muzycznych kanałów - telewizyjnych i radiowych. Były to miejsca, z których mogliśmy czerpać wiedza o muzyce i odkrywać nowe brzmienia.

Muzyka w mediach, umówmy się, nie istnieje. Wraz z Michałem Wolskim prowadzimy już od sześciu lat audycje w Radiu Kampus, która jest skierowana na techno, ambient i muzykę elektroniczna. Tego typu programów nie ma już zbyt wiele w polskich rozgłośniach. Jest to autorska audycja, wiec puszczamy cokolwiek, co przyjdzie nam do głów. Od początku mieliśmy także wizje, by prócz mówienia o muzyce, która kochamy, raz na jakiś czas zapraszać ludzi, którzy graliby sety DJ-skie. W zeszłym roku zaprosiliśmy bardzo wiele osób, które mogły zaprezentować swoja muzykę. Wystarczyło wysłać wcześniej materiał - i jeśli był on bliski atmosferze naszej audycji, to było u nas dużo miejsca, by się zaprezentować. Goście podczas programu mogą u nas wciąż grac swoje sety, opowiedzieć o sobie i o swoich planach na przyszłość. Staramy się to robić, bo sami kiedyś mieliśmy szanse grac w Radiu Kampus, co było dla nas dużym wydarzeniem. Uważamy, ze jest to ważna cześć tego, co robimy w rozgłośni.

Mieszkałeś w Polsce, lecz któregoś dnia przyszedł czas na Niemcy. Jakie widzisz tam szanse?

Szczerze? Wyjazdu nie rozpatrywałem w kategoriach szans. Od kilku lat myślałem o tym, by gdzieś wyjechać. W pewnym momencie stwierdziłem, ze nadszedł odpowiedni czas. Na początku chodziło tylko i wyłącznie o przygodę. O to, żeby zobaczyć, jak się tam mieszka, jak żyje. Okazało się, ze po drodze wydarzyło się mnóstwo przyjemnych rzeczy, które nadal się dzieją. Mam już w kolejce następne wydania i kooperacje z wieloma artystami. Pobyt w Berlinie sprawia, ze poznaje nowe osoby, z którymi mogę pracować. Bezpośredni kontakt powoduje, ze można wejść do studia, zrobić coś o wiele szybciej, niż w przypadku wymiany mailowej, a wtedy wyzwala się zupełnie inna energia.

Masz zapewne w swojej szufladzie kolejne produkcje, które mógłbyś wydać, ale tego nie robisz. Jak wygląda taki normalny proces wydawniczy?

Jeśli chodzi o płyty winylowe - trzeba się uzbroić w żelazną cierpliwość. Od zaakceptowania utworu, mastering, testpressing i tłoczenie - cały okres wynosi około roku: albo i dłużej. W tej chwili, kiedy wysyłam materiał do masteringu, staram się o nim całkowicie zapomnieć. Przestaje myśleć o tym, kiedy ta płyta się ukażę, bo to zwyczajnie meczące myśli. Jeśli natomiast ktoś chce wydawać muzykę samemu, to zdecydowanie format cyfrowy jest dużo łatwiejszy, szybszy, ale tak naprawdę bez płyt trudniej jest dotrzeć do większej ilości osób. Jest to trudna działka, ale gdy słucha się własnego utworu na płycie winylowej, to jest to niezwykle wzruszający moment.

Wracając do Berlina: jak widzisz swoja najbliższą przyszłość?

Na sam pobyt w Berlinie nie mam dalekosiężnych planów, póki co jest przyjemnie. Najbliższa przyszłość to stworzenie nowego live actu oraz codzienna praca nad muzyka, niezależnie, czy pracuje nad cała EP-ka, nad live actem, czy tez nad czymkolwiek innym. Zatem plan to studyjna praca, kolejne wydania i granie live actów, gdyż to one stanowią dla mnie najpiękniejszy element tego całego zamieszania.

Jeśli mówisz o live actach, to zapewne wisienka na twoim torcie był Boiler Room: Technosoul Takeover, podczas którego mogłeś się w pełni zaprezentować szerszej publiczności i wejść do rodziny artystów, którzy wystąpili podczas tego słynnego wydarzenia. Jak w ogóle zareagowałeś na propozycje takiego występu?

Mam w pamięci kilka wydarzę, które mocno zakorzeniły się w umyśle, choćby impreza z Inigo Kennedym w Warszawie, Volt Festival w Uppsali, występ w Tresorze i wiele, wiele innych. Oczywiście Boiler Room jak najbardziej zalicza się do tej grupy. Za zaproszenie jestem niezwykle wdzięczny: i tu ogromne ukłony należą się ekipie Technosoul. To oni jakiś czas temu zaprosili mnie do bardziej aktywnego udziału w projekcie - wiec niejako tez bycia w tej rodzinie. Później pojawiło się zaproszenie na Up To Date i właśnie Boiler Room. Samo granie nie różniło się dla mnie specjalnie niczym od innych występów, choć przed samym koncertem bałem się, ze komputer odmówi mi posłuszeństwa. Wszystko na szczęście poszło tak, jak zaplanowałem i jestem bardzo szczęśliwy, ze mogłem tam zagrać. Wracając do Technosoul: świetne jest to, ze bardzo często grywamy razem, przyjaźnimy się, pod tym szyldem wyszła moja płyta “Mort EP”. Możliwość grania i pracy z tymi chłopakami jest jedna z ważniejszych rzeczy, jakie mnie w życiu spotkały. I za to im dziękuje.

[Producent, DJ, dziennikarz radiowy, kolekcjoner płyt oraz wszelkich przedmiotów z potencjałem dźwiękowym. W muzycznej pracy oscyluje wokół takich gatunków jak techno i ambient. W swoich kompozycjach łączy dwa bieguny dźwięków: brzmieniowej oszczędności przekazu oraz deepowo, dronowych, eksperymentalnych przestrzeni. Współtwórca projektu Funfte Strasse, który obejmuje audycje radiowa w warszawskim Radio Kampus. Pomysłodawca i kurator cyklu Why So Silent. Związany z takimi wydawnictwami jak Silent Season, Technosoul Phorma czy Kontrafaktum.]