Historia tej nazwy chwyta za serce równie mocno, jak ta o powstaniu opowieści o Harrym Potterze – dwoje z pierwszych członków Grupy LASEM, niczym J.K. Rowling, zapisywali swoje pomysły na serwetkach w jednej z krakowskich knajp. Nie dlatego, bo nie było ich stać na papier. Byli głodni, a komputery i notatniki zostawili w domu.

Grupa LASEM zastanawiała się nad sztuka współczesna – jej zastosowaniami, rola i miejscem. Powstanie nazwy było jednak wierzchołkiem góry lodowej, owocem długich i inspirujących dyskusji późniejszych współtwórców i ich przyjaciół. Termin deframestracja [łac. de frame – pozbawiać czegoś ramy] to skojarzenie oczywiście nieprzypadkowe – defenestracja, czyli akt wyrzucenia kogoś przez okno, miała w sobie element performatywny, tak ważny dla Grupy LASEM.

Deframestracja zachodzi w ramach performance’u – z ram obrazu wycinamy płótno, z którego później powstaje nowe dzieło sztuki, którym jest ubranie. Proces ten można rozumieć jako próbę wyzwolenia koncepcji dzieła artysty z ram formalnych. Medium ogranicza jego prace, ponieważ jest to jeden wymiar rzeczywistości. Chodzi o to, aby myśl uwolnić – jest ona nieograniczona, dopiero wtłoczenie jej w strukturę konkretnej formy brutalnie zapina ja w ciasny gorset – trzeba ja przemienić w dźwięk czy kreskę. Grupa LASEM postuluje bycie w ciągłym kontakcie z esencja twórczości, z uczuciem wzniosłości, które towarzyszy obcowaniu ze sztuka. Rama obrazu sama w sobie niesie duży ładunek semantyczny – jest nie tylko fizycznym ograniczeniem pracy artysty, ale również symbolicznie wyznacza granice jego zamysłowi i przyświecającą mu idee. Malarz w pewien sposób pozbawia się medium, wie, ze stworzone przez niego dzieło opuści ramę. Jego myślenie o pracy zmienia się wiec na rzecz tego, co chce zaprezentować.

Idea tego performance’u jest prosta: nietykalne dzieła sztuki, okraszone kultem, maja zostać przełożone przez głowę! Obraz zwyczajowo wisi w galerii lub muzeum – deframestracja może obdarzyć go nowym życiem. Oczywiście jest to życie narażone na wiele niebezpieczeństw i nieprzewidzianych sytuacji, ale umożliwia dziełu wejście w interakcje z otoczeniem. Bywa, ze twórca nie zawsze chce wyciąć swoje płótno z ramy. Jeden z artystów, Dariusz Vasina, po deframestracji podniósł skrawek swojego obrazu z ziemi i spytał, czy może go sobie zabrać. Ten akt ma pewien wymiar agresji, czy nawet autoagresji twórczej, ale jest to proces świadomy – artysta dobrowolnie rozstaje się z praca, bo znalazł dla niej nowe przeznaczenie. Deframestracja ma wywołać rewolucje w myśleniu artysty, osoby, która kupi ubranie-obraz, ale tez widza performance’u. Intrygujące jest, co stanie się z kupionym dziełem. Czy nowy właściciel przywróci mu wcześniejsze miejsce i powiesi na ścianie, czy zawiśnie ono w szafie jako ubranie?

Nad deframestracja nie pracuje jedynie malarz, ale również projektant. Łączy się tu dwuwymiarowe myślenie o płótnie i trójwymiarowe myślenie projektanta o mającym powstać ubraniu. Artyści muszą dojść do porozumienia, stworzyć wspólne dzieło i pracować na tych dwóch wymiarach. Powstałe w ten sposób ubranie jest niepowtarzalne: ma swoich konkretnych twórców, którymi są artyści o rożnych wrażliwościach i upodobaniach estetycznych. Są nośnikiem wyjątkowych, jednostkowych historii. To równie magiczne i pociągające, jak wszystkie opowieści o zaginionych dziełach sztuki, później odnajdywanych (lub tez nie). Marcin Kowalik, którego twórczość jest przedmiotem deframestracji w Warszawie, jest ciekawym wyjątkiem. W swoich obrazach eksperymentuje z wielowymiarowością i przestrzennością przedstawienia, mając do dyspozycji tylko płaskie płótno. Efekty takiej złożonej pracy nad przestrzenią można zobaczyć w stolicy od 19 marca.